Wizyty astralne, anielice i polowanie.
Dodał: Krzysztof | Dnia: 08/11/2011 | Wyświetleń: 500
- Witam. Przytoczę coś, z rozmów z Anną. Ch- Cherit. A- Arantiel, K-Ja.
Ch:Arantielu! Arantielu! Hmmm... Chyba go jednak nie ma... hmm m... K:To ja na chwilkę pójdę do łazienki. Ubiorę się. Ch:Uhum. A:Chłopcy? Wzywaliście mnie? Chericie, Krzysztofie. Ch:Tak, Arantielu, tak. Co wiesz o Annie? O Jej anielicy? A:Szczerze, bardzo niewiele. Wiem, że nazywa się... Astetia. Hmmm... Tak. Ale nie udało mi się jeszcze z nią pogadać, umówiliśmy się na dziś wieczór. Ch:Dobrze. Krzysiek się idzie ubrać, zrobi kanapki, i poczekamy na Anny odpowiedź. Czuliśmy, że przyjdziesz. A:Dobrze. Przepraszam i was, i Annę, że na razie znam tylko... Ch:Przestań! Nie szkodzi przecież.
K:Kto chce się wypowiedzieć? może ja. Arantiel mówił, gdy byłem w łazience, że ta Twoja anielica nie jest zbyt obeznana jeszcze, jest młoda. A:Tak. Anna jest jej pierwszą podopieczną, ona ma tylko kilkaset lat. I niezbyt się jeszcze zna, nie wie, jak naginać los i jak składać raporty po północy każdego dnia. Dopiero się uczy.
Przynajmniej tyle wiem od swoich ludzi na jej temat.
Ch:Hmmm... Czemu nie odpisujesz? K:Ma pewnie coś do roboty, albo włączony program graficzny, który blokuje gg. Ch:Chyba tak... A:Potrzebujecie mnie jeszcze? Jeśli nie, to wracam do Nieba. Z Bogiem, chłopcy. Z Bogiem, Anno. I chcę Ci podziękować za to, co dla chłopców, zwłaszcza dla Krzyska zrobiłaś, zmieniłaś jego złe podejście w optymizm. I dziękuję. Byywajcie.
Jesteś, Krzysztofie. Siadaj i pisz. Udało mi się ustalić, kim jest Astetia, rzeczywiście jest młodą anielicą. K:Brawo. A:I naprawdę jest Anny Aniołem Stróżem. Była to poszlaka. Teraz to wiem na 100%. Jej misja dla Anny polega na tym, by ją strzec, gdy nadejdzie czas. Nie wiem, jak rozumieć te słowa, ale dokładna treść brzmi tak: "Anna ma być kimś bardzo wyjątkowym. Wiele zależy od Jej decyzji. Nie może Jej stać się nic złego, jedynie to, co Pan uzna za pożądane." K:Hmmmm... No to wiemy tyle, co nic, Arantielu. Jaka prawa, co wyjątkowego? A:Pierwsze - wy. Drugie - ma stać się kimś w rodzaju duchowego przewodnika dla wielu ludzi. Jej dzieło, które powinno powstać, zainspiruje podobno kilka pokoleń ludzi do stworzenia nowej filozofii. Nie wiem, jak ona będzie się nazywać. Mgliste poszlaki. Sama Astetia nic więcej nie wie w tej sprawie, ale poleciłem jej robić wszystko, by Annie się wiodło. Powiedziała, że nie jest pewna, czy może naginać rzeczywistość i odsuwać od Anny złe sprawy, jakie ona uzna za stosowne odsunąć. Nie rozeznaje się, które są konieczne przy wypełnieniu zadania, a które nie. K:A zdrowie? A:Właśnie o zdrowiu mówię. Wszelkie problemy, jakie Anna z nim miała i ma, zawdzięcza właśnie niezdecydowaniu swej anielicy, czy je odsunąć, czy zostawić. Poza tym to, co Annę czekało wtedy, gdy była jeszcze młoda, to, że zaszczepiła w sobie nieśmiałość, zostało naprawione, przynajmniej częściowo w szpitalu. Przynajmniej odrobinkę Astetia pozwoliła sobie zadziałać. Największą bowiem hańbą dla anielicy służebnej, Stróża, jest strata podopiecznego. Tyle wiem. Postaram się jeszcze popytać innych o to, co o niej sądzą.K:Aaaa... Osobiste pytanie... Wy jesteście społeczeństwem? I mieszkacie... jak? Domy, miasta, jak ziemskie? A:Podobne, są jednak idealne. Jasne, świetliste, białe, schludne i czyste. Ale tak, miasta.
Z wszelkimi miejscami, gdzie mozna zasięgnać języka, więc teraz pozwólcie, oddalę się, by jeszcze parę osób dziś wypytać.
K:Kurczę... dostałas anielice, która nie wie, co robić, i potrzebuje kogoś, kto jej powie, jak pracować!
Jakie to... Ch: podobne do Anny... Znaczy... *strasznie powoli* Tez potrzebowała kogoś, kto by Nią pokierował, czyż nie? K:No... Chciałem powiedzieć Jakie to głupie! Ale... hmmm... nie, jestem rozdarty, wiec zamilknę. Ch:Jakieś wyjście.
Teraz cytat, o którym chciałbym w kontekście tej rozmowy prosić was o wypowiedzenie opinii...
„Żeńscy aniołowie - pojawiają się w tradycjach żydowskiego okultyzmu, w tekstach gnostyckich i często legendach arabskich, gdzie nosiły nazwę „Benad hasze”, córki Boga. Prawodawca Mojżesz także widział w niebie żeńskich aniołów. W biblijnej „Księdze Zachariasza” prorok widzi unoszące się w powietrzu kobiety o skrzydłach „niby bocianie”.
Niektóre anielicę wymieniane są w źródłach z imienia, jak Szechina, Pistis - Sophia, Barbelo, Bat Koi, Drop, Derdekea, Plesitea, czy Rachel. W legendach pojawiają się cztery odrębne chóry anielic, którymi zawiadują cztery matriarchinie.
Pozostawiam tę strukturę w powieści, dodając Pistis Sophię jako zwierzchniczkę wszystkich czterech chórów. Emanuel Swedenborg, osiemnastowieczny uczony i mistyk, który twierdził, że wielokrotnie odwiedzał niebo, nie miał wątpliwości co do istnienia żeńskich aniołów, utrzymywał też, że aniołowie są bardzo podobni do ludzi, mogą zawierać związki małżeńskie i posiadać na własność domy, czy nawet wille otoczone ogrodami.
Nie jestem więc tak bardzo odosobniona w mojej wizji skrzydlatych istot przedstawionej w „Siewcy Wiatru”, choć na szczęście ma ona źródło w czystej fikcji literackiej i obyła się bez mistycznych doznań.”
Teraz... druga rzecz. Wizyta astralna, właściwie dwie.
Weszliśmy oddzielnie - Cherit przez portal, ja - normalnie. Słońca świeciły, był spokój. Aż zbyt wielki. Popatrzyłem na swoje nogi, na niebieskie niebo z chmurkami, na dwa słońca... Chciałem iść, gdy usłyszałem za sobą głos Cherita:
- Zaczekaj na mnie! - zobaczyłem, jak przechodzi przez portal. - Chodźmy.
Przeszliśmy kilkanaście kroków.
- Jakoś tu cicho, nie sądzisz? - spytałem.
- Fakt.
Wtedy pewna gargulczyca, dość młoda, krzyknęła:
- Patrzcie, wrócili!
- My? - spojrzeliśmy po sobie.
- Nie! Wracają z polowania! Spójrzcie!
Faktycznie, za nami szło sześciu gargulców z długimi żerdziami na ramionach, a na nich dwa martwe zwierzęta - ferendyle.
- Zróbmy im miejsce. - powiedziałem.
Przeszli obok. My staliśmy z tą gargulczycą, dopóty nie widzieliśmy ich pleców. Wtedy mnie wyrzuciło z astrala.
Wróciłem.
- Krzysiek, co ci jest? - ukląkłem bowiem na ziemi, i zapatrzyłem w dal, na środku ścieżki.
- Nie mogę skutecznie wejść w astral. Nie widzę.
- Musisz zwyczajnie dłużej poczekać, aż się wczujesz. Rozejrzyj się. Jesteś tu, tak? Jesteś. Widzisz to wszystko? Więc chodź.
Poszliśmy dalej. Spojrzałem na tych myśliwych. Rozłożyli się w centrum wioski, na brązowych skórach, czy płachtach... I...
- Czy oni właśnie oskórowali te zwierzęta?
- Aha. Chcesz zobaczyć z bliska? Idź.
W międzyczasie minęła nas ta sama gargulczyca, co wcześniej, podeszła do myśliwych i uklękła przy nich. Zrobiłem podobnie. Teraz, po oskórowaniu, mięso było widać, mięśnie, wszystko. Zwieli do rąk małe noże, osadzone w czarnych rączkach, dość długie ostrza, na końcu nieco zakrzywione. Wbili je i przesunęli, odkrawając kawał mięsa.
Jeden z gargulców, wyglądał na dorosłego już, dał mi nóż.
- Masz, spróbuj.
Wbiłem go i odkroiłem dość długi, wąski kawałek.
- Mam krew na rękach. - powiedziałem. To było z jednej strony dosć traumatyczne, z drugiej... fascynujące. Oddałem nóż.
- To nic wielkiego.
Wstałem i podszedłem do Cherita.
- I jak? - spytał. - Chodźmy do Gerina i Serynii.
- Ciekawie.
Zrobiłem to. Zwyczajnie... poszliśmy, wziąłem broń i... ono mi zaufało! A ja powiedziałem tylko „Teraz śpij...”
Ufff... Jeszcze drżę, mimo że spałem dość normalnie.
Pierwsze co, to weszliśmy z Cheritem od razu do osady. Rozejrzałem się. Ścieżka, ta dziura z chmurami... dwa księżyce na niebie...
- Chodź, idziemy.
Poszliśmy między tymi dwoma dolinkami.
- Ale tu cicho... Jaki spokój. - zauważyłem. Naprawdę było cicho. I pusto. Nikogo przed jaskinią, spokój... I tylko wszystko szarawe od światła ksiażycy.
- Masz rację. Idziesz? - spytał Cherit.
- Tak.
- Więc chodź.
Widziałem, jak podbiegł do tych trzech szczytów w centrum, w lewo i nieco w górę. Po chwili zniknął w jaskini rodziców.
- Mamo, tato! Mamo, tato! - nieco zaniepokojony był. Sobie myślę - co się stało?
Nic. Po prostu twardo spali.
- Ummm... czemu mnie budzisz... Cherit? Witaj, co ty tutaj robisz? - spytał Gerin. Siedział na łóżku, patrząc na mnie.
- Co my tu robimy. - uściślił, wskazując na mnie.
- Witaj, Krzysztofie, synu! Chodź tutaj! - Serynia wstała i przytuliła mnie. - Po co tu przyszedłeś?
Ja ją nieco... zignorowałem, zwracając się od razu do Gerina.
- Chodzi o polowanie.
- Polowanie? Więc chodź ze mną. - wstał i razem wyszliśmy z jaskini. Usiadł obok mnie. - Więc o co chodzi?
- Chodzi o to, ze zaproponowałem Krzyśkowi wspólne polowanie. - wtrącił się Cherit.
- Hmmm... Czy to rozsądne? - przerzucił wzrok z syna na mnie. - Czy jesteś gotowy?
- No... - zapatrzyłem się w dal, a potem skierowałem wzrok na swoje kolana. Potem spojrzałem na Gerina. - Tak, jestem.
- Więc dobrze. Poczekaj tutaj.
Wszedł do jaskini, i poszedł w jej kąt. Po chwili wrócił niosąc dwa przedmioty.
- Włócznia i nóż? - spytałem. O ile włócznią nazwiesz zwykłe dzidy... Za to nóż wyglądał łudząco podobnie do ziemskich, i to dość współczesnych - czarna rączka z kawałkiem kości, który się odcinał na rączce białym odcieniem. (kości te to dwa krótkie paseczki na rękojeści). Ostrze zaś było proste, wyglądało na stalowe. Zdziwił mnie kunszt wykonania - lśniące ostrze, szerokie, zaostrzone mniej-więcej do połowy, nieco wygięte na końcu. Typowy nóż myśliwski.
- Przydadzą ci się. - powiedział krótko Gerin. Wziąłem broń więc i wyszliśmy z jaskini.
- Pokaże ci, gdzie zazwyczaj polujemy na te ferendyle. Chodźmy. - powiedział. Zaczęliśmy iść tą ścieżką biegnącą między dwoma dolinkami. Widziałem jego wielkie skrzydła, umięśnione plecy, ogon... Był taki... silny, pewny siebie. Przeciwieństwo mnie.
- Gerinie... - zacząłem, zrównując się z nim.
- Tak?
- Ile istot zabiłeś? - wtedy to zabrzmiało tak dziecinnie...
- Setki. Setki... straciłem rachubę.
Szliśmy nieco w milczeniu. Skręciliśmy za zakręt, z którego zaczynaliśmy z Cheritem wejście do osady.
- Widzisz to? - spytał Gerin.
- Tą jaskinię? Tak. To w niej mieszkają ferendyle?
- Tak. Rano wychodzą nad małe jeziorko, żeby się napić. Poczekaj tutaj.
Podszedł do jaskini, nieco tupał, a potem zawołał głośno - Heej!
0 To, co się potem stało, przypominało mi raczej pędzące demony, aniżeli zwierzęta. Kilkanaście zwierząt wypadło pędem z jaskini i rozbiegło się. Naprawdę były cholernie szybkie! Sadziłem, że to, że mają tą piątą nogę dla równowagi nic nie znaczy... Ale one były szybsze, niż wszystko, co dotąd widziałem. Dosłownie ich kontury się rozmywały. Gerin stał przy jaskini, z której wybiegały, i uśmiechał się, z rękoma na piersiach.
- Dobra, Cherit, łap jednego! - krzyknął do syna i sam rzucił się w kierunku zwierząt.
- Cholera jasna... zwiał mi! - krzyknął Cherit, gdy zwierzak, którego już niemal miał w łapach, pobiegł ścieżką w górę, w stronę osady.
- Okej, Cherit, mam go. - odwróciłem wzrok. Gerin podchodził z mojej prawej do zwierzęcia, napięty, z rękoma wyciągniętymi przed siebie... Był gotowy do skoku, oczy utkwił w przerażonym stworzeniu. Cherit podobnie podchodził z mojej lewej strony.
Ferendyl wierzgał się to na lewo, to na prawo. Nie mógł biec w tył, po spadłby w przepaść, chyba na dole była jakaś rzeczka. Niemal go schwytali.
- Bierz go, Cherit! - krzyknął Gerin.
Już nie mogłem stać bezczynnie i nic nie robić! Czułem się sam osaczony. Poczułem, co czuje to zwierze.
- Stop! Przestańcie! On się boi. - powiedziałem. Podszedłem spokojnie do zwierza, uklęknąłem przy nim. Ja byłem nagi, czułem zimno kamieni pod kolanami. Położyłem włócznię po swojej prawej, a nuż po lewej.
- Chodź... - wyciągnąłem dłoń. Jak na roślinożercę ferendyl się łatwo nie da ugłaskać. Cofnął się, i tak głośno warknął... jakiś ostrzegawczy skrzek.- On się mnie boi.
Trzymałem nadal wyciągniętą dłoń. Zwierzak podszedł, zbliżył dziób do mej dłoni, po chwili zbliżył go do mojej twarzy. Dziób był duży, taki... szary, płaski na dole, i zaokrąglony na górze. Jakby... szare półkole. Miał żółte oczy. Duże, dość inteligentne oczy, raz mętne, a raz takie... źrenica była taka czarna... Patrzyłem na niego. On na mnie. To było niesamowite.
- Jesteś taki piękny... Ten dziób, te duże, silne nogi... ten ogon... - pogładziłem go po ciele. Było takie silne, pokryte szaro-brązową skórą. A ogon był długi, szeroki, i miał segmenty.
Spojrzałem znowu w oczy zwierzęcia. Wiedziałem, co muszę zrobić. Chwyciłem nóż bezwiednie, nie patrząc. I stało się. Nie wiem nawet, kiedy. Sam byłem zaskoczony.
Ferendyl cicho zaskrzeczał, i zamknął oczy. Przez chwilę widziałem pytanie w oczach, nim je zamknął - zrobiły się nieco błękitnawe - pytanie „Dlaczego?” Oparł się o moje prawe ramię.
- Teraz śpij... - położyłem go na ziemi. Pięć nóg, podkurczonych, leżał na boku. I widziałem jak wokół niego zaczyna się tworzyć plama krwi.
Spojrzałem na broń, którą nadal trzymałem w lewej dłoni. Czerwone ostrze... Wstałem.
- Brawo, bardzo dobrze. - pochwalił mnie Gerin, patrząc na mnie. Położył mi dłoń na ramieniu.
- Ale ja... ja... zabiłem to stworzenie... Ohhh... - I zwyczajnie klęczałem przy ferendylu i zalałem się łzami. Same leciały.
- To nic wielkiego. - rzucił Gerin.
- Krzysiek, nie płacz... - Cherit mnie przytulił. - Nie płacz.
- Ohh, Cherit! - przytuliłem się do niego, wtulając twarz w futerko na piersiach.
- Spokojnie... spokojnie, kotek, zrobiłeś to. - pogładził mnie po włosach.
- Wezmę go, i zniosę do wioski. Bardzo dobrze sobie poradziłeś, synu. - chwycił leżące na ziemi zwierzę i podniósł. Już odchodził z nim w ramionach. Wyglądał tak... dziwnie. Tak... obco. Uszy, skrzydła, ogon... gargulec niosący martwego ferendyla... Jak to raz zobaczysz, nie zapomnisz.
- Gerinie... Broń.
- Słuszna racja. - odłożył zwierzę na ziemię, podszedł, wziął ode mnie dzidę i nóż.
- Nie musisz płakać. - Gerin niemal się roześmiał, widząc mnie. - To nic wielkiego. Wracajcie na Ziemię.
- Uhum.
Obudziłem się z transu i otarłem łzy.
- Krzysiek, wszystko dobrze? - Cherit był wyraźnie zaniepokojony.
- Taak.. tylko mi łzy poleciały.
- Hmmm... Nie jestem pewien... Teraz śpij.
Patrzyłem tak na niego, jak leżał na plecach, i rzucił tekst, który nieco mnie zaskoczył.
- Dobrze sobie poradziłeś, ale jesteś za miękki. Musisz zmężnieć!
To samo mówił przed wejściem tutaj, słowo w słowo, że jestem z a miękki, i muszę zmężnieć. Ale przed podróżą rzucił jeszcze zdanie - Jutro czeka cię test męskości.
Gerin i Serynia to rodzice Cherita. Jak wy byście postąpili na moim miejscu??? Zabilibyście? Co sądzicie także o anielicach i tym, że anioły i anielice mieszkają w świetlistych, czystych, białych miastach? I że zawierają także związki małżeńskie???
Zasugeruj link do strony związanej z tematem.
Wyszukaj
Logowanie
TOP 3 Masterminds
-
Punkty: 859
Wątków: 25 | Komentarzy: 1509
-
Punkty: 484
Wątków: 35 | Komentarzy: 706
-
Punkty: 467
Wątków: 67 | Komentarzy: 344
Mastermind Statystyki
- Wątki: 1076
- Komentarze: 7080
- Użytkownicy: 752
Pytania życia użytkowników.

Jaki ma to wszystko cel?

Master Cytat

Człowiekowi godzi się starać tylko o taką wiedzę, która jest na miarę jego zdolności.

Arystoteles
Do MasterMind-ów
Bardzo, ale to bardzo prosimy o wpisy poprawne gramatycznie i ortograficznie!
masterminds.pl to serwis społecznościowy, który ma
kształcić a nie
uwsteczniać!
Pamiętajcie o tym.
© 2007 The Great Icon Company, All rights reserved. Sponsored by
Vinyl Banners
ciężko mi wypowiadać się na temat który jest mi obcy.
mówisz o bardzo intymnych przeżyciach do tego jeszcze w astralu który jest mi obcy jak ... hmmm ? bardzo :)
ciężko mi oceniać "twój czyn" jest to kwestia moralna. jedyne co to mnie dziwi dlaczego go "zabiłeś" skoro nie chciałeś? chciałeś komuś zaimponować?
I się obudziłem. Zrozumiałem, że życie to śmierć. I... pozbyłem się wszelkich leków, i wierze w Boga, i nadal żyję, nadal się modlę, i NIGDY nie popełnię czegoś takiego, jak samobójstwo. Po prostu... pierwszej chwili puściła tama, i pociekły łzy. Ale potem zrozumiałem "mogę zabić" i stało się to kolejnym fragmencikiem mnie. Ale i zrozumiałem, że zabiłbym już bez wahania - ale z szacunkiem, jak wtedy. Zrobiłem to, by sprawdzić, jak się człowiek poczuje po tym, jak kogoś zabije. A nadarzyła się okazja.
A jak się czujesz, gdy zabijesz? Szok mija szybko. Nadzwyczaj szybko. Najbardziej traumatyczna chwila to sam moment. Cherit raz fajnie powiedział, że w obronie rodziny, przyjaciół, bliskich, lub by przeżyć, by mieć, co jeść, można zabić. Byleby postarać się, by ta chwila, gdy oczy ofiary robią się mętne i gasną, nie była zbyt bolesna.
jesteśmy zwierzętami mięsożernymi w naszej naturze, żeby przeżyć-jakiś inny gatunek musi zginąć taka jest naturalna selekcja/ dobór naturalny i przez to jest zachowana równowaga w przyrodzie ale tak samo człowiek to zwierze stadne i myślące. działa rozkładając zadania od wieków- tak jest łatwiej, jedni przyrządzają jedzenie inni za nim biegają najprościej mówiąc :):)
nie ma co się rozwodzić nad tą myślą/zagadnieniem. wszystko leży w naszym charakterze- jedni mają mniej sumienia do takich sprawach bo podchodzą do tego "na chłopski rozum" taki już jestem- takim mnie stworzyła natura ja zabijam by samemu żyć
to nie jest sprawa jeśli się kogoś zabija dla pieniędzy czy zawodowego sukcesu czy z powodu emocji.
twój przypadek udowadnia, że owszem jest grupa ludzi którzy nie mogą zabić lub miewają takie wątpliwości jak ty, to normalne.
moje zdanie na ten temat jest proste: nie musiałeś zabić ale powinieneś bo taka jest natura ludzka- nie robiłeś tego dla zabawy. Z naturalnego punktu widzenia czyn normalny, wątpliwości dość irracjonalne co nie znaczy, że jak je masz to jesteś inny
człowiek teraz stał się bardziej "humanitarny" niektóre kwestie woli przemyśleć ale ja osobiście uważam, że nad niektórymi nie ma co myśleć :)
Zwyczajnie czuję się nieco... cóż, jak mówisz, zabiłem, by sprawdzić, jak się poczuję, teraz wiem, że tak naprawdę to tylko najgorszy jest pierwszy moment po. Potem to staje się cząstką ciebie samego, kolejnym fragmentem osobowości - morderca/myśliwy. Bo mogą zabić. Udowodniłem sobie.
Ale nadal nie doszliśmy do odpowiedzi, skupiliśmy się na mnie, a mi chodzi o WAS. Czy wy, stojąc z nożem w ręku przez zwierzęciem, które się do was zbliżyło, pchnęlibyście je?
Wiem, wiele czynników, indywidualność itp, itd, okej! Ale pytam konkretnie - Czy TY byś zabił w takiej sytuacji, w jakiej ja byłem? Proste pytanie, prosta odpowiedź.
Ch: Bez wahania. Bez mrugnięcia okiem. Szybko, by nie cierpiało, profesjonalnie, kolejny krzyżyk po prostu. Tak? Tak. I tyle. Nie oczekuj, że ci odpowiedzą. Na pewno nie musieli nigdy wybrać, czy pozbawić kogoś życia, kotku.